
W Chinach odkupują Lenina. Nie w sensie metaforycznym – dosłownie. Taki właśnie pomysł snuje Yan Lianke w Całusach Lenina. Chiński urzędnik sprowadza do swej prowincji zmumifikowane ciało wodza rewolucji, by tchnąć życie w zapomniany region. Lenin ma stać się atrakcją turystyczną, ikoną nowoczesności, a przede wszystkim – narzędziem awansu i sukcesu. Śmiech? Owszem. Ale też coś więcej. Bo kiedy skończyłem tę powieść, wcale mi nie było do śmiechu. Byłem zmęczony – ale i dziwnie przejęty. Jakbym właśnie przeszedł przez czyjś bardzo dziwny, bardzo ludzki sen.
Yan Lianke napisał książkę, która przypomina trochę marzenie gorączkowe – i trochę epitafium dla wiary w zdrowy rozsądek. Z pozoru to satyra: absurdalna, groteskowa, przesadzona. Ale z każdą stroną staje się jasne, że za tym literackim teatrem kryje się coś głębszego. Może nawet – tak jak w poprzednich jego książkach – coś bolesnego. Bo oto śmiejemy się, ale w tym śmiechu czuć wstyd i żal. Przypominamy sobie, jak wygląda świat, w którym każda idea została sprzedana, każda wartość wystawiona na targowisku.
Ale czy to tylko Chiny? Nie sądzę.
Czytając Całusy Lenina, myślałem o wielu miejscach. O prowincjach Polski, w których stawia się aquaparki, a zamyka biblioteki. O krajach, które szukają tożsamości w pomnikach i trupach bohaterów. O epoce, w której historia bywa tylko dekoracją dla spektaklu sukcesu. Lianke nie moralizuje, ale obnaża. Po raz kolejny. Pokazuje mechanizmy władzy i potrzeby – często najprostszej: by żyć lepiej, by być widzianym, by nie zniknąć. Nawet jeśli cena to świętokradcza transakcja z relikwiami rewolucji.
Ale ta powieść to nie tylko historia o szaleństwie władzy i ambicji. To również – i może przede wszystkim – historia o miłości. O czułości. O tym, co przetrwa, gdy wszystko inne się rozpada. Jest w Całusach Lenina wątek psów – wzruszający, gorzki, a jednocześnie zdumiewająco piękny. Psy, które kochają ludzi bezinteresownie. Psy, które w obliczu groteski świata przypominają, czym jest lojalność, oddanie, bezbronność. To one – nie Lenin, nie urzędnicy – są w tej powieści najbardziej prawdziwe. I to w nich – paradoksalnie – bije serce książki.
W tym wszystkim, w tym literackim szaleństwie, w tym balu groteski i absurdu, Lianke stawia pytanie, które zostaje ze mną dłużej niż historia Lenina: czym dziś jest prawda? W posłowiu do powieści autor pisze z zaskakującą szczerością: „Nie ma żadnego rzeczywistego życia. Każdy fakt, każda prawda staje się fałszem po przefiltrowaniu przez umysł pisarza.” I dalej: „Prawda istnieje jedynie w sercach niektórych pisarzy.”
To odważne. To także… boleśnie aktualne.
Żyjemy dziś w czasach, kiedy realizm – także ten społeczny, polityczny, emocjonalny – zdaje się zawodzić. Fakty przestają znaczyć, liczby można nagiąć, emocje kupić. Przewodnicy duchowi ludzkości, czyli literatura, filozofia i sztuka, stają się dodatkiem do życia, a nie jego osią. Więc może właśnie dlatego potrzebujemy realizmu transcendentalnego – jak chce Lianke. Realizmu, który nie tyle odwzorowuje świat, co próbuje uchwycić jego sens. Prawdę, która nie płynie z oczu, ale z serca.
Całusy Lenina są dla mnie dowodem, że taka literatura jest możliwa. Że nawet w świecie, który przypomina karykaturę własnych marzeń, można napisać książkę piękną, liryczną, gniewną, czułą. Książkę, która wyśmiewa system, ale jednocześnie tuli jego ofiary.
Nie wiem, czy Yan Lianke wierzy w lepszy świat. Ale wiem, że wierzy w to, że literatura może o niego zapytać – nawet jeśli odpowiedź okaże się tylko szczeknięciem psa czekającego na człowieka.
I może właśnie dlatego Całusy Lenina nie są tylko książką o Chinach. To książka o nas. O tym, że w epoce ideologicznych zgliszcz, cyfrowego ogłuszenia i samotności w tłumie warto wrócić do tego, co niewygodne, nieoczywiste, ale prawdziwe. Do emocji. Do słabości. Do literatury, która nie chce nas pocieszyć, ale chce nas obudzić.
I to jest, paradoksalnie, całkiem ludzki całus. Nawet jeśli pochodzi od Lenina.
Yan Lianke – „Całusy Lenina”, przekł. Katarzyna Sarek, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 2020, str. 527.
