
Nieczęsto zdarza mi się czytać powieść, po której mam ochotę milczeć. Nie z braku słów, ale dlatego, że każde słowo wydaje się zbyt niewystarczające wobec tego, co się wydarzyło w mojej wyobraźni. Tak było ze Wzgórzem przyśnień Arthura Machena. To książka, która przypomina, że literatura nie musi zabawiać. Nie musi nawet rozumieć człowieka. Wystarczy, że go drąży. Prześwietla. Zatapia w sobie jak głaz w głębokiej wodzie.
Czytałem ją na raty. Nie dlatego, że była nudna. Wręcz przeciwnie. Niepokój, który we mnie wzbudzała, był tak intensywny, że potrzebowałem chwili, by z niego wyjść. Ta książka jest jak obcy zapach w pokoju, którego nie da się wywietrzyć. Albo jak sen, który zostaje na dnie powiek, choć dawno już się obudziłeś.
Machen opowiada historię Luciana — początkującego pisarza, nadwrażliwca i samotnika. Ale równie dobrze mógłby pisać o mnie. Albo o tobie. Albo o tych wszystkich, którzy codziennie przewijają się przez zatłoczone ulice wielkich miast, zalewani hałasem, reklamą, presją bycia „kimś”, a jednocześnie czują się mniej realni niż własne odbicie w szybie tramwaju. Lucian wędruje przez Londyn końca XIX wieku, ale równie dobrze mógłby dryfować przez nasze galerie handlowe, open-space’y, skrole Instagramów i samotne mieszkania z białymi ścianami.
Tym, co mnie uderzyło najbardziej, nie była ani fabuła (bo jej, umówmy się, Machen nie traktuje zbyt poważnie), ani nawet gotycki klimat, którym książka aż pulsuje. To styl. Rzecz dziś niemal nie do pojęcia: pisanie dla samej frazy, dla języka, który oplata, upaja, aż boli. Machen celebruje każde zdanie jak kieliszek starego absyntu. I jak to z absyntem bywa, efekt bywa podniecający, ale i duszący.
W świecie, w którym literatura coraz częściej przypomina fast food — szybka akcja, prosty morał, bohater, z którym można się zidentyfikować jak z memem — Wzgórze przyśnień jest jak barokowa uczta. Tłusta, przesycona, cielesna, trochę trująca. Ale piękna. Prawdziwie, perwersyjnie piękna.
Jest coś dziwnie aktualnego w tym, jak Machen opisuje samotność. Nie tę oswojoną, instagramową, z filtrem sepia i cytatem z Rilkego. Ale samotność duszy, która nie znajduje echa w świecie, która nie umie się zsynchronizować z rytmem zbiorowego życia. Lucian to człowiek rozdarty między zachwytem nad tajemnicą istnienia a wstrętem do samego świata. Skrajnie niedostosowany, estetyczny asceta, który nie umie żyć, a nie może umrzeć. Brzmi znajomo?
Współczesność każe nam być odpornymi. Nie mówi „czuj”, mówi „działaj”. Nie mówi „bądź sobą”, tylko „markuj siebie skutecznie”. Nadwrażliwość, o której pisał Machen, dziś zostałaby zdiagnozowana, skatalogowana, przeleczona. Lucian dostałby psychoterapię poznawczo-behawioralną, może antydepresanty, i po kilku miesiącach pisałby skuteczne posty na LinkedInie. Ale czy byłby szczęśliwszy? Czy byłby prawdziwszy?
Lubię myśleć o tej książce jak o podróży przez miasto, którego granice kończą się nie na mapie, ale w duszy, bo Londyn Machena to nie tylko fizyczna przestrzeń. To przede wszystkim ciało zbiorowe nowoczesności. Organizm, który żywi się jednostką. Brud, hałas, pożądanie, alkohol, śmierć — to nie są tylko dekoracje. To tkanka naszej cywilizacji.
W świecie, który coraz bardziej przypomina algorytm, Wzgórze przyśnień mówi, że człowiek nie jest funkcją, tylko tajemnicą. Że można pisać nie po to, by wyjaśnić, ale po to, by zagęścić sens. Że piękno może być duszne, a styl może ranić. I że literatura, jeśli ma nas jeszcze czegoś nauczyć, to może właśnie tego jak się zgubić. Jak zabłądzić. Jak przeżyć przygodę, która nie prowadzi do sukcesu, tylko do prawdy.
A prawda, jak uczą Machen i jego duchowi bracia – Wilde, Huysmans, Beardsley – bywa czasem piękna tylko wtedy, gdy boli.
Arthur Machen – „Wzgórze przyśnień”, przekład i posłowie Maciej Płaza, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 2020, str. 319.
