Zdarza mi się czasem stanąć na przystanku. Tłumek ludzi wpatrzony w telefony, ktoś klnie pod nosem, ktoś się śmieje zbyt głośno, ktoś nie wie, co ze sobą zrobić, więc poprawia pasek od torby, rozgląda się, choć nie szuka. I wtedy czuję, że jestem na granicy jakiejś opowieści. Że tu właśnie, na tym skrawku codzienności, coś mogłoby się wydarzyć. Albo już się wydarzyło – tylko trzeba mieć wyczulone oko i serce, by to dostrzec.

Tak odbieram prozę Elżbiety Isakiewicz – jak literacki sejsmograf wychylony na drgania zwyczajności. Jej mikroopowiadania są jak krótkie westchnienia świata, ledwie uchwytne, a przecież pełne znaczenia. Kiedy czytam Szelmę i inne opowiadania przyziemne, czuję, że to nie tylko historia o kimś pominiętym, czy zagubionym. To opowieść o nas wszystkich – tych, którzy nie mieszczą się w planach wielkich narracji, nie pasują do algorytmów ani projektów społecznych. Tych, którzy spadli z radarów uwagi. Bo dziś łatwo przepaść. Wystarczy przestać odpowiadać na maile. Albo zamilknąć na komunikatorze. Albo mieć złe dni, zbyt wiele złych dni, które złożą się w miesiące i lata. Świat nie poczeka. Nie cofnie się. Nie zapyta.

Isakiewicz pokazuje, że ta „przepadłość” nie musi być spektakularna. Czasem wystarczy pęknięcie w spojrzeniu, przesunięcie gestu, pominięcie w rozmowie. I już – ktoś znika. A my nie zauważamy. Jej pisanie to czułe pochylenie się nad tym, co drobne, może niepozorne, ale właśnie dlatego prawdziwe. Te historie przypominają notatki z marginesu życia. Nie są to jednak notatki przypadkowe. Każde zdanie, każda metafora jest tu jak precyzyjnie ustawione zwierciadło – odbija świat, ale i zadaje pytanie, czy potrafimy go jeszcze oglądać inaczej niż tylko powierzchownie?

My, ludzie zanurzeni w epoce skondensowanej informacji, clickbaitów i przesyconych treści, tracimy zdolność do subtelności. Emocje? Przerzucamy je na emoji. Relacje? Często mylimy z interakcją. Głębia? Zbyt czasochłonna. W tym sensie pisarstwo Isakiewicz staje się czymś więcej niż literaturą. To akt oporu wobec trywializacji istnienia. To małe, intymne nieposłuszeństwo wobec świata, który mówi: nie komplikuj.

A przecież jesteśmy skomplikowani. Nasze uczucia nie mieszczą się w prostych kategoriach. Nasze myśli często nie mają logicznej struktury. Dlatego właśnie tak trudno pisać o niewyrażalnym – o tym, co nie ma języka, a jednak domaga się słowa. Isakiewicz próbuje. I nie chodzi o to, że zawsze się udaje. Chodzi o próbę. O wysiłek zbliżenia się do czegoś, co jest zarazem wewnętrzne i wspólne, jednostkowe i uniwersalne.
Zastanawiam się czasem, czy nie jesteśmy cywilizacją, która sama siebie nie potrafi już usłyszeć. Mówimy coraz więcej, a rozumiemy coraz mniej. Czujemy lęk, ale go nie przeżywamy, bo maskujemy go produktywnością. Tęsknimy, ale nie za kimś, tylko za czymś, czego nie umiemy nazwać. I tu właśnie mikroopowieści Elżbiety Isakiewicz mają swoją siłę – one nie obiecują sensu, ale zapraszają do bycia razem w niepewności.

Czytam tytuły jej opowiadań jak minimalistyczne mantry: „Czułość”, „Chwila”, „Rola”, „Pacjent”. Każde z tych słów jest jak otwarte drzwi, za którymi może kryć się wszystko – albo nic. Ale to „nic” u Isakiewicz jest zawsze pełne. To „nic” znaczące. Milczące, ale wymowne.
Nie ma w tej prozie miejsca na zbędność. Nie ma ozdób, ani żadnego efekciarstwa. Jest uważność. Jest pytanie, czy potrafimy jeszcze być obecni – nie tylko fizycznie, ale duchowo. Emocjonalnie. Czy umiemy zatrzymać się przy człowieku – nie jako funkcji społecznej, ale jako istnieniu pełnym sprzeczności.

Dla mnie książka Elżbiety Isakiewicz jest nie tylko literaturą. Jest gestem. Czułym dotykiem w miejscu, gdzie boli. Próbą zrozumienia tam, gdzie rozum zawodzi. I może właśnie dlatego warto ją czytać powoli. Jak modlitwę. Jak szept codzienności, który mówi więcej niż krzyk.
W świecie, gdzie łatwo wszystko zgubić – sens, miłość, uwagę, siebie – jej „Przepadłość” przypomina, że warto szukać. Czasem wystarczy spojrzeć na przystanek. Albo na ciszę. Albo na człowieka, który zamilkł. Tam może zaczynać się opowieść, która – choć niewielka – jest wszystkim.

 

Elżbieta Isakiewicz – „Szelma i inne opowieści przyziemne”, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 2021, str. 144

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *