
Nie wiem, co mnie tknęło, żeby sięgnąć po tę książkę. Może tytuł, dziwnie piękny w swej toporności — „Sen wioski Ding”? Może nazwisko autora, którego z trudem potrafię wymówić? Yan Lianke. Ale najprędzej to jednak była rekomendacja samej redaktor prowadzącej – Elżbiety Brzozowskiej, sprawczyni całego zamieszania z Lianke na rynku polskim. Faktem jest, że nigdy wcześniej o nim nie słyszałem, nie znałem jego opowieści, nie znałem też Chin, poza tymi z podręcznikowego marginesu i błyszczących zdjęć z Szanghaju. A mimo to — sięgnąłem. I coś we mnie pękło. A może nie pękło, tylko zostało przecięte precyzyjnie, jak skalpelem — cicho, bezkrwawo, ale do żywego.
„Sen wioski Ding” to książka, która zaczyna się snem i kończy przeprosinami. I to bynajmniej nie przeprosinami za błędy językowe czy niedokładności fabularne. Yan Lianke przeprasza za cierpienie. Za to, że jego książka boli. I ma rację. Boli. Nie jest to jednak ból tandetny ani sentymentalny. To ból jak cierń pod paznokciem. Niewidoczny dla świata, ale taki, który nie pozwala zasnąć.
W tej książce śmierć jest codziennością. Wsiąka w ziemię jak kurz, osadza się na roślinach, odbija w oczach dzieci. Wioska Ding to nie miejsce — to metafora. Na AIDS, na system, na biedę, na samotność. A nade wszystko: na społeczną ciszę. Bo największa tragedia tej opowieści nie leży w samej chorobie, lecz w milczeniu, które ją otacza.
Czytałem te strony i myślałem o naszej własnej współczesności. O pandemii, która przecież jeszcze nie do końca się oddaliła. O tych, których zostawiono samym sobie — w DPS-ach, w oddziałach covidowych, w domach bez okien, gdzie słychać tylko kaszel i ściany. I o tym, że i my, podobnie jak wieś Ding, nauczyliśmy się śmierć ignorować, traktować jak coś niewygodnego, niemodnego, coś, co nie pasuje do feeda na Instagramie.
Lianke nie oszczędza. Ani postaci, ani czytelnika. A mimo to opowiada to wszystko szeptem. Nie ma tu krzyku. Jest sen. Ale nie ten łagodny, ukojony, tylko sen demaskujący, narkotyczny, jakby rzeczywistość rozpuszczono w kadzi z goryczą i czarnym humorem. Lektura ta przypomina trans — nie chcesz, ale czytasz dalej. Nie możesz przestać.
Być może właśnie tak dziś powinna wyglądać literatura. Taka, która nie daje odpowiedzi, tylko wbija szpile. Która nie staje po żadnej stronie, ale rozszczelnia ściany naszej pewności. Bo przecież nie chodzi tylko o AIDS, Chiny, wsie i komunistyczne absurdy. Chodzi o systemy, które nas wszystkich rozbierają z empatii — czy to pod szyldem czerwonej gwiazdy, czy błękitnego logo BigTechu.
Wczytując się w „Sen wioski Ding”, myślałem też o współczesnych chorobach ducha. O samotności w miastach, gdzie ludzie żyją nad sobą, a nie obok. O depresji, która — jak wirus — rozlewa się po klasach szkolnych, po uczelniach, po korporacjach, tylko nie ma na nią testów. O tym, jak łatwo dziś sprzedać swoje ciało (albo osocze, jak w powieści) w zamian za dom, samochód czy choćby namiastkę poczucia bezpieczeństwa.
Czy można taką książkę polecić? To zależy. Jeśli ktoś szuka miłej opowiastki na weekend — nie. Jeśli ktoś szuka literatury, która głaszcze po głowie i potakuje — zdecydowanie nie. Ale jeśli ktoś nie boi się wejść w strefę, gdzie słowa kaleczą, a prawda jest jak kamień w bucie — tak. Bo to książka dla ludzi, którzy chcą jeszcze coś poczuć. Nawet jeśli będzie to ból.
W jednym z ostatnich akapitów Yan Lianke mówi: „Nie mam sobie nic do zarzucenia względem was.” I trudno się z nim nie zgodzić. Jego książka jest uczciwa do bólu. I w tym sensie jest nie tylko świadectwem literackim, ale też etycznym. W czasach, kiedy wszystko mierzy się lajkami i odsłonami, on mówi: cierpienie ma sens. I to, proszę państwa, brzmi jak herezja.
Dlatego, choć serce ściska, dziękuję mu. Za ten sen, który boli. Bo czasem trzeba śnić, żeby się obudzić.
Yan Lianke – Sen wioski Ding”, przekł. Joanna Krenz, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 2019, str. 416.
